Pozwólcie dzieciom…
Pewna dziewięcioletnia dziewczynka napisała krótki list do Boga. Brzmiał on następująco:
„Kochany Panie Boże. Chciałabym być świętą, ale nie wiem co zrobić, aby nią być.”
Czytałam wiele listów polskich dzieci do Boga, ale ten poruszył mnie najbardziej. Spojrzałam na niego z perspektywy odpowiedzialnego rodzica. Nie chciałabym, aby moje dzieci przeżywały podobne rozterki. Kiedy więc rozpocząć ich chrześcijańską edukację? Jak to robić? W którym momencie dziecko jest gotowe, aby zapoznać się z Chrystusem?
Biblia nigdy nie bagatelizowała dzieci, sam Jezus zwracał na nie uwagę. On, kiedy był dzieckiem wiedział na tyle dużo by rozmawiać z dorosłymi w świątyni. Pismo podaje przy okazji narodzin Jana Chrzciciela, że: „dziecię rosło i wzmacniało się na duchu” Łuk 1:80. Ewangelista nie pisze, że gdy Jan był młodzieńcem wzmacniał się na duchu, ten proces zaczął się znacznie wcześniej. Ten sam autor pisząc o dzieciństwie Jezusa mówi, iż On rósł, nabierał sił, był pełny mądrości i łaska Boża była nad nim Łuk 2:40. Apostoł Paweł zwraca się do Tymoteusza następująco: „ponieważ od dzieciństwa znasz Pisma święte, które cię mogą obdarzyć mądrością ku zbawieniu…” 2Tm 3:15. Znamy też starotestamentowe przykłady, w których dziecko było obdarzone większą wiarą i mądrością niż niektórzy dorośli. Należy do nich Dawid, który jako jedyny odważył się walczyć w imię Boga z Goliatem, czy też ośmioletni król Jozjasz.
Dziecko niemal od pierwszych swych dni jest bacznym obserwatorem i uczniem. Najczęściej uczy się poprzez naśladowanie tego co słyszy i widzi w najbliższym otoczeniu. Czy tego chcemy czy nie, nasza „ewangelizacja” zaczyna się od początku. Jeżeli w domu nie ma Bożej atmosfery, poszanowania dla Boga, czasu modlitwy na nic mogą się zdać nasze późniejsze wysiłki i może nam być bardzo trudno zachęcić dzieci do życia z Bogiem. Jeżeli cały dzień dziecko bawi się w pobliżu grającego telewizora to niestety i z niego czerpie nauki. Dzieci tak samo jak dorośli mogą szybko uzależnić się od grającego ekranu. Jednak, dziecko, które słyszy chrześcijańskie pieśni, najlepiej z polskim tekstem, nimi nasiąka i z nich się uczy itd.
Nasze najmłodsze pociechy są z reguły hałaśliwe. Kiedy się cieszą słyszy to całe otoczenie, kiedy płaczą to również daje się nam to we znaki. Są one ciekawe świata i wszędobylskie. Myślę, że dlatego też uczniowie gromili je i chcieli się ich pozbyć gdy pojawiły się na spotkaniu z Jezusem, Łuk 18:15-17. Przecież ich nauczyciel mówił o tak ważnych duchowych sprawach. Obecność dzieci tylko rozpraszała uwagę zgromadzonych. Jednak, ku zdziwieniu wielu - naszemu Zbawicielowi najmłodsi goście nie wadzili, choć to On był mówcą to najmniej się przejął zamieszaniem, jakie ze sobą wniosły dzieci. Nie tylko je przyjął, zwrócił na nie uwagę, ale postawił je jako wzór – te piszczące, małe „szkraby”. Zachęcał aby pozwolono dzieciom przychodzić do Niego i nie zabraniano im tego, Mk 10:14-15.
Skoro nasze maleństwo jest wystarczająco duże by uczyć się mówić mama, tata lub babcia, to możemy je też uczyć mówić Bóg i Jezus. Skoro może uczyć się wierszyków i piosenek w przedszkolu, czemu nie przedstawić mu w odpowiedni sposób treści Ewangelii. Moja 3-letnia córka codziennie mnie wręcz zamęcza abym jej opowiadała o krzyżu, o dorosłym Jezusie. Dyskutuje ze mną na te tematy a nawet w swoich modlitwach prosi Boga o przebaczenie za złe zachowanie, nieposłuszeństwo; Dziękuje Jezusowi za to, że dzięki Jego śmierci na krzyżu ona będzie mogła pójść do nieba. Pewnego dnia podskakiwała do góry, spytałam co robi. Wyjaśniła mi, że już chce iść do nieba, do Jezusa. Tłumaczyłam jej, że jeszcze nie przyszedł na to czas.
Jezus uwrażliwia nas, że my mamy być w swej wierze jak dzieci tzn. otwarci, ufni, chętnie się uczący, wpatrzeni w Niego. Dziecko kiedy jest do czegoś przekonane, to w tym trwa. Jezus uzdrawiał dzieci, kładł na nie ręce. Okazywał im miłość, błogosławił je. Pamiętam, że moja córka nie chciała, aby mój mąż kładł rękę na jej głowę i błogosławił ją. Działo się tak do momentu gdy wytłumaczyliśmy jej, co tatuś ma na myśli czyniąc to. Teraz sama nas o to prosi.
Cieszę się, że nasze pociechy mają przywilej uczestniczenia w społecznościach. Choć czasem za bardzo nam przeszkadzają, to jednak jako nieliczne mogą od najmłodszych lat przebywać wśród Bożego ludu. Stało się już zwyczajem, że po nabożeństwie niedzielnym udajemy się do rodziców męża. Nasza córka opowiada dziadkom co się działo na szkółce, śpiewa pieśni (uczy babcię), inicjuje rozmowy na temat Jezusa. Jest małą ewangelistką.
Jak Samuel, śpiąc jako dziecko w Świątyni usłyszał Boży głos, choć Heli go nie słyszał, tak nasze pociechy – miejmy nadzieję – jeszcze nieraz miło nas zaskoczą swoją wiarą w Chrystusa i miłością do Niego. Tylko my musimy się strzec, aby ich nie lekceważyć.
Jako rodzice powinniśmy dbać o to aby nasze dzieci uczestniczyły w nabożeństwach. Nie wolno nam jednak pozwalać aby ich zachowanie znacznie dezorganizowało porządek społeczności. Celem naszych spotkań jest przede wszystkim oddawanie chwały Bogu, słuchanie słowa oraz poddanie się prowadzeniu Ducha Świętego.
Agnieszka Pacek.